sobota, 25 lipca 2015

Zmiany zajdą nieuchronne

Zasiadła do biurka, z pewnością siebie prostując plecy. Włączyła „domowe melodie i zaczęła pisać.

Comebacki bywają trudne.

Przekonuję się o tym dzisiaj już drugi raz, ale no cóż, jak trzeba to trzeba. Może na sam początek napomknę coś odnośnie ostatniego posta - nie zniknie, choć chcę zacząć od nowa, ale zostanie jako przypomnienie o tym, że znowu się na sobie zawiodłam. Choć „zawiodłam” to może zbyt mocne słowo. Po prostu przeliczyłam swoje siły.

Co do moich postanowień - wypełniłam wszystkie, poza tym o regularnym dodawaniu postów. Umiem w miarę nieźle grać na gitarze (duużo przede mną, ale jak na pięć miesięcy nauki jest naprawdę dobrze), egzaminy gimnazjalne zdałam w przeliczeniu na punkty do liceum powyżej 90%, a czytanie książek idzie mi całkiem sprawnie. W związku z tym postanowiłam się poprawić. 

To nie ma być jakiś wielce obiecująca notatka, w której przysięgnę, że będę codziennie o czymś pisać. To raczej krótka informacja o tym, że żyję i mam się dobrze. Wakacje są w pełni, a ja staram się jakoś z nich korzystać, choć jeśli mam być szczera - jak dla mnie mógłby już być wrzesień. Być może cierpię na zbyt dużo wolnego czasu, czego nie znoszę, ale taka prawda. Od wakacji zdecydowanie bardziej wolę rok szkolny, kiedy spotykam się ze znajomymi i przyjaciółmi niemal w szkole, a w domu nie ma mnie po dwanaście godzin. Podczas tych dwóch letnich miesięcy jest inaczej - wszyscy są w rozjazdach albo umierają z gorąca i nie chcą wychodzić z obawy przed poparzeniami trzeciego stopnia. Dodatkowo wszelakie spotkania wiążą się zazwyczaj z wydawaniem pieniędzy na kolejne lody, kawy mrożone i tego typu rzeczy. 

Nie polecam.

Jednak na razie nie narzekam (aż tak bardzo jak mogłabym narzekać), bo do tej pory moje wakacje mogę zaliczyć do udanych. Dlaczego? Proszę bardzo, dlatego:


Pierwszy trzy tygodnie wakacji spędziłam - no cóż, w szkole. Ale nie byle jakiej! Od 27.06 do 2.07 uczestniczyłam w Szkole Animatora Salezjańskiego, niesamowitej i pełnej wrażeń przygodzie, którą z chęcią przedłużyłabym o parę dni. Ze względu na wszystko - ludzi, atmosferę, zajęcia, nawet jedzenie. :D

To był już mój kolejny SAS, zaliczyłam drugi stopień i nauczyłam się kilku rzeczy. M. in. pisania jeszcze lepszych bajek, techniki decoupage, szydełkowania, czy plecenia bransoletek-różańców.


Z kolei już od następnego poniedziałku wraz z całą armią Animatorów i innych ludzi „użeraliśmy się” z ponad dwusetką dzieci na półkoloniach. Półkolonie trwały dwa tygodnie, a każdy z nich miał konkretny motyw przewodni - w pierwszym była to bajka „Jak wytresować smoka?”, a w drugim „Opowieści z Narnii”. Śmiechu i zabawy było mnóstwo, niemalże tyle samo nerwów, a po każdym dniu przychodziłam do domu tak zmęczona, że jedyną rzeczą, o jakiej myślałam był sen.

źródło: Gość Gliwicki
A teraz siedzę w domu, wychodzę jedynie wieczorami, kiedy nie jest tak ciepło i czekam aż wszyscy wrócą ze swoich wyjazdów. Nie narzekam, bo nie mam na co - w zamrażalce czeka na mnie opakowanie z lodami, w lodówce dzbanek z chłodną wodą z miętą, a na półce pierwsza część „Władcy Pierścieni”, której nie potrafię od półtorej tygodnia skończyć.

Mam nadzieję, że Wy macie bardziej emocjonujące wakacje i robicie coś nieco bardziej produktywnego. ;)

Adieu!